Spokój to chwila – wolna od Twojej oceny. To wszystko.
To ta chwila, kiedy wszystko przyjmujesz do przestrzeni swojego serca.
Spokój jest tą chwilą, w której przestajesz myśleć,że powinno być inaczej, niż jest
że powinieneś czuć coś innego, niż czujesz
że życie powinno toczyć się zgodnie z Twoim planem
Spokój to chwila – wolna od Twojej oceny.
To ta chwila, kiedy wszystko przyjmujesz do przestrzeni swojego serca.
Dorothy Hunt
W 2009 roku szukałam metod, które mogłyby pomóc mojej młodszej córce i trafiłam na artykuł w którym krótko przedstawiono terapię czaszkowo-krzyżową. Pamiętam, że zatrzymałam się przy cytacie z Franklyna Sills’a – nauczyciela BTCK –„Zdrowie, nigdy nie ginie. Celem tej pracy jest uzyskanie dostępu do Zdrowia, które skupiło w sobie zaburzenie.”
To była zmiana perspektywy. Po raz pierwszy trafiłam na metodę pracy z ciałem, która nie oddaje pierwszeństwa zaburzeniom, chorobom czy symptomom. Tu na pierwszy plan wychodzi Zdrowie i założenie, że nieustannie jest Ono w nas obecne, może głęboko przykryte naszymi doświadczeniami, ale jest i możemy się z nim skontaktować. Pamiętam ile nadzieji we mnie się wtedy pojawiło. I rzeczywiście, okazało się, że terapia przynosi bardzo dobre efekty u mojej córki. Trudności ze znalezieniem terapeuty, sprawiły że w lutym 2012 rozpoczęłam pierwsze szkolenie, i tak czaszkowa została za mną do dnia dzisiejszego.
Przez lata moje podejście ewoluowało i z pracy bardziej mechanicznej przeszło w biodynamiczną. I biodynamika właśnie jest tym co mnie pochwyca i w pracy prowadzą mnie zasady leżące u podstaw takiego podejścia – Zdrowie to Całość, włączanie, budowanie zasobów, wspieranie ale nie popychanie procesów u klientów. Coraz częściej dostaję potwierdzenie w gabinecie, że nie liczą się techniki a obecność terapeuty.
Nie trzeba wszystkiego naprawiać. Czasem wystarczy być – naprawdę.
W obecności, która nie ocenia, nie przyspiesza i nie chce „poprawiać”, coś zaczyna się odsłaniać. Zdrowie nie znika – ukrywa się, czekając, aż ktoś znów je zauważy. Bywa ciche, delikatne, prawie niewidoczne. Ale wciąż tam jest. Czeka na przestrzeń, uwagę, dotyk. I na to, by zostało rozpoznane.
Uczenie się biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej to dla mnie coś znacznie więcej niż tylko zdobywanie wiedzy. To spotkanie – z ciałem, z drugim człowiekiem, z tym, co niewidzialne, ale bardzo realne. Zawsze porusza mnie to, jak mocno ta wiedza działa na poziomie odczuwania – zanim zdążymy ją „zrozumieć”, ciało już ją przyswaja, odpowiada, zmienia się.
To nie są kursy, które „zalicza się” i idzie dalej. Ta praktyka zostaje – i dojrzewa.
Tego nie da się ogarnąć za pierwszym razem. Nie dlatego, że coś z nami „nie tak”. Ale dlatego, że ta praca – jak mówi moja nauczycielka Giorgia Milne – jest głęboka i wymaga czasu. Depth over time. Zanurzamy się w niej stopniowo, warstwa po warstwie, z szacunkiem do tempa własnego ciała i życia. Potrzebujemy oswajać się z tą pracą, doświadczać jej w sobie, przechodzić przez swoje własne procesy. I dopiero wtedy zaczynamy naprawdę czuć, o co w tym wszystkim chodzi.
Dlatego wracam. Czasem jako uczestniczka, czasem jako asystentka. I nie, to nie jest powtarzanie dla samego powtarzania. To jak czytanie tej samej książki po latach – nagle rozumiesz inne rzeczy. Albo coś, co wcześniej tylko czułaś, znajduje wreszcie słowa. Albo odwrotnie – coś, co było czysto intelektualne, zaczyna się ruszać w ciele.
Za każdym razem inaczej. I to jest dla mnie największy dar tej ścieżki.
Z biegiem lat mój warsztat stopniowo się poszerzał – nie z potrzeby zbierania dyplomów, ale z ciekawości, z wdzięczności i z pragnienia, by jeszcze lepiej rozumieć to, co przynosi ciało. Ukończyłam między innymi podstawowy kurs refleksologii twarzy Dien Chan, pierwszy stopień terapii Bowena, pierwsza fazę Brainspottingu, szkolenia z zakresu Multiterapii Twarzy według Beaty Sekuły.
W przyszłym roku będę bronić pracę magisterską z psychologii, która jest dla mnie kolejnym krokiem w łączeniu różnych perspektyw – ciała, emocji, historii i relacji.
Nie traktuję tych ścieżek jako osobnych – one wszystkie spotykają się w moim gabinecie. Każda z nich wnosi coś innego, coś cennego. I tak powoli, z kursu na kurs, z rozmowy na rozmowę, z doświadczenia na doświadczenie – buduję swój kuferek terapeuty. Nie po to, by mieć więcej „technik”, ale po to, by być uważniejszą, delikatniejszą, bardziej obecną.
Bo każda z tych dróg uczy mnie nie tylko jak pracować – ale i jak być z drugim człowiekiem.